Legendy

LEGENDA O PRAWDZIWEJ HISTORII ROBIN HOODA (27.10.2013r)

Dawno, dawno temu w kraju, gdzie ludzie szanują niektóre wartości, żyła sobie uboga wyrobnica (cokolwiek to znaczy). Odznaczała się niepolskim imieniem Marion oraz dumnym i czysto polskim nazwiskiem Mika. Mimo, że dysponowała IQ na poziomie Dody, to dopiero po 20 latach klepania biedy zorientowała się, że w średniowieczu też nie ma granic pomiędzy państwami.
Udała się więc na emigrację i wylądowała w wilgotnej Anglii. Najpierw próbowała zaczepić się w szołbiznesie, a kiedy nic z tego nie wyszło, udała się na dwór królewski, by tam błyszczeć. Jednak i to nie wypaliło. W końcu dostała namiary na zmywak w jakiejś leśnej karczmie. W drodze do tej karczmy, kiedy wędrowała przez las, spotkała Robin Hooda. Biedaczek siedział pod drzewem i rozpaczał.
Robin Hood, ujrzawszy Marion, zakochał się i opowiedział jej swoją historię: "Już dwa tygodnie usiłuję nielegalnie upolować jelenia. Koniecznie muszę go upolować, żeby dopełnić swoje przeznaczenie i najeść się, przy okazji, do syta. Chociaż mój łuk jest dobry, to cięciwę mam do kitu i na razie udało mi się tylko, strzelić sobie w stopę. Ratuj dobra wróżko"!
Marion najpierw zadała tradycyjne pytanie: "A ożenisz się ze mną"? Uzyskawszy zapewnienie, zdjęła... no, coś tam zdjęła i wyciągnęła z tego wysokiej klasy i sprężystości gumkę, made in China. Starczyło tej gumki idealnie na cięciwę Robinowego łuku. To, co zostało po wyciągnięciu gumki, znakomicie nadało się na profesjonalną kominiarkę.
Robin mógł wreszcie, poprzez ubicie jelenia, zostać wyjęty spod prawa i zacząć legalnie, jako banita, grabić bogatych i wspomagać biednych (tu kłania się wpływ Marion). Dalej nie ma już o czym opowiadać. Robin Hood jest przereklamowany. Żyjący nieco później Janosik, przewyższał go znacznie we wszystkich aspektach rozbójniczego i amanckiego żywota.
Zresztą Angole jakoś tak ogólnie lepiej się promują i dlatego angielskie gówno wydaje się wyglądać lepiej od polskiego, chociaż capi gorzej. Jeżeli ktoś nie wierzy, to może sobie powąchać. Oczywiście w przenośni, bo cała ta ostatnia (gówniana) myśl to przenośnia.
***

LEGENDA O ŚWIĘTYM GRAALU I PARSIFALU (08.11.2013r)
Dawno, dawno temu w czasach cudów, które były normalne, a nie polityczno - finansowe, żył sobie pewien superbohater. Nazywał się bardzo podchodząco - Parsifal Mika. Kraj, w którym mu przyszło dokonywać wspaniałych czynów, nie oferował łatwego życia. Roiło się w nim od olbrzymów, oszołomów, smoków, kiboli, czarownic, pedofilów, ogrów, polityków, pokracznych krasnali i feministek. Nie brakowało również ufoludków i ekologów. Jednak najniebezpieczniejsi byli liderzy partii politycznych i tych unikał nawet Parsifal.
Poza tym nie bał się nikogo i niczego. Bez problemu potrafił załatwić potwora, czy zestrzelić skrzydlatą harpię. Nieco trudniejsze było posprzątanie publicznej toalety, ale też tego dokonał. Największy jego czyn i dziś wzbudziłby podziw - dożył do terminu wizyty u lekarza - specjalisty. Był więc bohaterem, można by rzec, kompletnym.
Któregoś dnia objawiło mu się przeznaczenie i rzekło: "Tylko ty możesz odnaleźć Świętego Graala. Czas nagli. Ruszaj więc pukim dobre"!
Parsifal rozpoczął poszukiwania od własnej chałupy. Znalazł śpiącego w trumnie wampira, 2 kg. heroiny, sposób na załatanie dziury budżetowej, grzebień Kojaka, i stare 100 milionów od Lecha Wałęsy. Świętego Graala jednak nie było.
Powędrował więc w Polskę. Odwiedził wszystkie tajne więzienia CIA, spenetrował miejsca ustawek kiboli, wziął udział w nielegalnym wyścigu ulicznym oraz przejrzał kolekcję pucharów Adama Małysza. Ani śladu Świętego Graala. Opuścił więc Polskę.
Nie spodziewał się znaleźć Świętego Graala na zgniłym zachodzie, dlatego powędrował na wschód. Najbardziej prawdopodobne miejsca: kuferek Putina i wersalka Julii Timoszenko też okazały się niewypałem. Idąc dalej, trafił wreszcie do krainy wiecznej szczęśliwości. Kwiaty tam kwitły cały rok, ziemia była urodzajna, psy smakowite, a ludzie żyli zdrowo i po wegetariańsku. Taka kraina jest tylko jedna i nazywa się Korea Północna. Tam Parsifal odnalazł Świętego Graala. Był umieszczony w dłoni pomnikowego Kim Ir Sena. Mika, przy pomocy Graala, został Kim Dzong Unem. Teraz rządzi tym kawałkiem raju na ziemi i zamierza rozprzestrzenić go na cały świat.
Czekajcie cierpliwie.
***

LEGENDA O POWSTANIU PISANEGO JĘZYKA POLSKIEGO (22.11.2013r)
Dawno, dawno temu było inaczej niż teraz. "Litery" występowały tylko i wyłącznie jako niepoprawna forma liczby mnogiej wyrazu "litr". Z cyframi też było kiepsko, chociaż już wtedy niejeden wiedział, że dwa i dwa nie zawsze równa się cztery. Na bilbordach nie było żadnych napisów, tylko zdjęcia gołych bab, a prasa kojarzyła się z procesami czarownic.
W tych trudnych czasach żył sobie Gramatyk Mika, który pewnego dnia zapragnął poczytać. Miał przy duszy parę groszy, więc udał się do księgarni. Niestety, księgarnia dysponowała tylko dwiema kamiennymi tablicami. Było to ksero dziesięciu przykazań, napisanych w niezrozumiałym języku i niedających się przeczytać.
Na szczęście była jeszcze biblioteka publiczna, gdzie wypożyczano Książki. Nazywano je tak, bo były nałożnicami Księcia i dorabiały sobie opowiadaniem rozmaitych historii. Gramatyk wypożyczył Książkę, która opowiadała horrory. Po opowiedzeniu wstępu, Książka zażyczyła sobie czegoś do zwilżenia gardła, a kiedy wypiła literową flaszkę okowity, zamiast opowiadać dalej, sponiewierała Mikę seksualnie.
To przepełniło czarę. Gramatyk natychmiast napisał elementarz i udał się z nim do Księcia. Książę natychmiast powołał ministerstwo i rozpoczęto nauczanie języka polskiego. Edukacja poszła błyskawicznie. Ledwo Mika wrócił do domu, a już dostał pismo od komornika i ulotkę zachęcającą do wizyty w sklepie z używaną odzieżą. Dodatkowo, na drzwiach, ktoś napisał: "TU MIESZKA CWEL"
Ale nie wszystko poszło gładko. Pewna wieś, przez pomyłkę, zamiast edukacji, została poddana elektryfikacji. Tylko sołtysowa na tym skorzystała. Jako jedyna na świecie, posiadała urządzenie elektryczne - bezprzewodowy wibratorek.
"Niechaj, co narodowe, wszyscy dobrze znają:
Taki śliczny język - Mice zawdzięczają"!
 Tylko sołtysowa pozostała analfabetką, ale za to zaspokojoną...
***

LEGENDA O LAJKONIKU I HEJNALE Z WIEŻY MARIACKIEJ (16.12.2013r)
Razu pewnego, pod Krakowem, zjawiła się łupieżcza horda Tatarów. Ukryli się w zwierzynieckich zaroślach i poczęli przygotowania do mordowania, rabowania i podpalania. Na szczęście, nieopodal, swój obóz rozłożyła drużyna telemarketerów, którym przewodził rozsądny i wygadany Iltellfons Mika. Mieli szkolić się w nowych technikach wzbudzania zainteresowania rzeczami bardzo interesującymi.
Mika rozpoczął szkolenie od tradycyjnego kielicha okowity i zakąszenia go kiełbasą podwawelską. Nie zdążył nic powiedzieć, gdyż z zarośli zaczęli wyłazić Tatarzy i formować się do ataku na Kraków. Chociaż widok był niecodzienny, Iltellfons nie stracił rezonu. - Koleżanki i koledzy - wyszeptał - oto nasza szansa. Dzwonimy!
Sam wykręcił numer tatarskiego wodza i gdy ów odebrał, zaprosił go na pokaz nowej kolekcji garnków z gliny wypalanej komputerowo. Tatara oszołomiła możliwość otrzymania w prezencie czajnika bezprzewodowego i szansa na wylosowanie patelni, do której nie przywiera końskie mięso. Jednak zdobył się na rozsądną, w gruncie rzeczy, uwagę, że przybył tutaj rabować, a nie kupować.
Mika zbił jego argument następująco: "Po co masz rabować, skoro przy zakupie kompletu garnków, otrzymasz gratisowy szybkowar, dzięki któremu Twoja żona nigdy nie spóźni się z obiadem i będzie miała więcej czasu na iskanie Ciebie i Twoich dzieci."
Przekonany wódz wstrzymał szturm na miasto i poszedł zobaczyć, jak w 10 minut ugotować coś, co do tej pory gotowało się 2 godziny. Pozostali Tatarzy również zostali zaproszeni na prezentację. Wkrótce pozamieniali swoje konie, szable, łuki, tarcze, kożuchy i spiczaste czapy na pięknie błyszczące garnki z wieczystą gwarancją.
Kiedy zachwyceni oglądali swoją zdobycz, otrzymali telefoniczne zaproszenie na pokaz antyalergicznej pościeli, w której śpiąc z własnymi żonami, będą się czuć jakby spali z samą Omeną Mensah. Impreza miała odbyć się w Warszawie, więc natychmiast wyruszyli w tym kierunku.
Natomiast telemarketerzy postanowili zrobić psikusa krakowskim mieszczanom, jako że żaden z nich nie przyszedł na pokaz garnków. Poprzebierali się w tatarskie stroje i galopem wpadli do miasta, wzbudzając przerażenie i panikę. Mogli spokojnie złupić Kraków, ale poprzestali na przerwaniu hejnału z Wieży Mariackiej. Uczynili to nie strzałą z łuku, lecz telefonem do trębacza z zaproszeniem na bezpłatne badanie całego organizmu (plus prezent w postaci rolki antyhemoroidowego papieru toaletowego).
Na pamiątkę tych wydarzeń, co roku urządzane jest święto Lajkonika, a hejnał do dzisiaj urywa się gwałtownie. Krakowianie długo jeszcze nie ośmielali się odrzucać zaproszeń na jakiekolwiek prezentacje i dopiero na przełomie XX i XXI wieku, znowu zaczęli pyskować do telemarketerów.
Iltellfons Mika został rzecznikiem prasowym księcia Bolesława Wstydliwego, ale szybko stracił to stanowisko, ponieważ nie chciał obmywać twarzy wodą, w której moczyły nogi nabożne siostry zakonne. Takie praktyki religijne panowały w wyższych sferach trzynastowiecznej Polski.
P.S. Kiedy zadzwoni do Was telemarketer, przypomnijcie sobie kto uratował Kraków i inne miasta!
***

LEGENDA O ZAPOMNIANYM CZWARTYM KRÓLU (06.01.2014r)
Dawno temu (w końcówce nie naszej ery), na ziemi jeszcze pogańskiej (ale już błogosławionej) żył sobie człowiek posiadający niepogańskie nazwisko Mika. Na chrzcie otrzymał imiona Kacper Melchior, a na bierzmowaniu Baltazar. Cudowne było to, że owe sakramenty przyjął zanim powstało chrześcijaństwo.
Wkrótce Trojga Imion Mika uświadomił sobie, że jest Czwartym Królem i żeby mieć trudniej doigrał się trzeciego sakramentu. Mianowicie popełnił małżeństwo z kobietą, która nie była królową, tylko wysokiej klasy zołzą. Kiedy nadeszła pora na wypełnienie przeznaczenia, małżeństwo odbiło się Mice czkawką. Jego połowica uzależniła swoje pozwolenie na misję od spełnienia trzech życzeń.
Biedak musiał pół roku krążyć pomiędzy Dortmundem a Monachium, zanim dorwał Lewandowskiego i zdobył jego zdjęcie z autografem i dedykacją dla żony. Drugie pół roku poświęcił na rozszyfrowanie tekstu piosenki Cleo - Donatan "My Słowianie". I wreszcie cały rok zajęło mu znalezienie kogoś, kto zastąpiłby go w obowiązkach małżeńskich (dopiero za grubą kasiorę zgodził się Michał Wiśniewski).
Spełniwszy życzenia żony, obudził się Mika z ręką w nocniku. Gwiazda Betlejemska już dawno zgasła, a dar przygotowany dla Dzieciątka (płyta z filmem "Kevin sam w domu") okazał się piracką produkcją nielegalnie rozpowszechniającą cudzą własność intelektualną.
Z przyczyn obiektywnych Czwarty Król nie wypełnił posłannictwa i został zapomniany, ale jego tragiczny żywot stawia go w gronie osób, których wpływ na losy świata był decydujący. Za Joanną Krupą, ale przed Mikołajem Kopernikiem.
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz